niedziela/poniedziałek
raz, dwa, trzy, próba mikrofonu.
halo, halo, czy mnie słychać?
jestem, jestem, zaraz wracam :)
poniedziałek/wtorek
"bezmyślność zabija. innych."
piątek/sobota
uwielbiam Cię kasiu nosowska! uwielbiam Ciebie i Twój dzisiejszy kaszel na scenie! :)
wtorek/środa
zrobił się jakiś taki czas, kiedy nieustannie trafiam na nowo zaobrączkowane/zapierścionkowane/zaciążone/przeprowadzone do swojego mieszkania koleżanki. wszystkie uśmiechnięte, z dzieckiem albo z tym rosnącym brzuchem, albo ten kolega albo tamten i puchną z dumy, że "moja żona i moja córeczka, 18 tydzień". a mi z każdą taką koleżanką coraz bardziej jakby ktoś w brzuch kopnął. wszystkie i wszyscy (wiem, uogólniam) idą do przodu, a ja stanęłam w miejscu i stoję, i nic się nie zmienia. i im bardziej się nie zmienia tym bardziej mnie wszystko boli, drażni, złości i rozczarowuje.
poza tym mało płaczę i jeszcze mniej tańczę. i to też jest nie takie jak powinno.
***
na dobrą noc polecam słuchawki, podkręcenie dźwięku, zamknięcie oczu i ali farka toure and ry corder "ai du"
poniedziałek
panie boże, niech już mam urlop, niech jużmam urlop, niechjuż mamurlop, niechjużmamurlop. bo na zdrowiu psychicznym podupadnę już do końca.
środa/czwartek
usiadłam, na uszy włożyłam słuchawki ze zbyt głośnym "mein herz brennt" i się poryczałam. taki dzień po takiej nocy.. czy jakoś tak. a na dodatek cholerny ból głowy.
pamiętam jak tysiąc lat temu tego "mein herz brennt" namolnie słuchaliśmy z przyjacielem na śniadanie. to był strasznie fajny człowiek znaleziony w internecie i zgubiony w życiu sama nie wiem dlaczego. kiedy do niego jeździłam miałam uczucie trafiania do zupełnie innego świata. na głowę wkładałam chustkę, wieczorem zrywałam z nim kwitnące gałązki, które lądowały w słoiku i robiły klimat, a rano przed- i śniadaniowo ryczał nam rammstein. u niego też zrobiłam sobie swój pierwszy akt i wylizywałam rany po kolejnych odchodzących chłopakach. i tylko damsko-męsko, dzięki bogu, nigdy nic się między nami nie pojawiło. nie wiem skąd mi się to wspomnienie w głowie teraz odkopało, może po prostu na zasadzie szukania dobrych myśli gdy przy głowie mam same nędzne. a poryczenie nie ma z nim nic a nic wspólnego oprócz piosenki.
i w tej cholernej "zatopionej zimie", przez którą wciąż nie mogę przebrnąć, trafiłam dziś (nie wiem, na zasadzie dobicia?) na drugie ruszające mnie zdanie:
"być może moje postrzeganie czasu jest nielinearne. nie przyjmuję do wiadomości tego, że Cię straciłam".
niedziela/poniedziałek
na myśl o końcu weekendu i pójściu jutro do pracy robi mi się słabo. robi mi się tak co tydzień, średnio pięć razy w tygodniu. niby jeszcze tu jestem z zenem na kolanach, niby jeszcze sobie czytam do snu i robię szalik w dotyku tak fantastycznie miękki, że aż mnie rozmaśla, a jednak ściśnięcie w żołądku już jest, już się robi większe i większe. praca (moja praca), która teoretycznie nie powinna nieść za sobą zbyt wielkiego stresu, praktycznie rozpieprza mnie nerwowo. chciałabym chociaż oderwać się w śnieniu, ale tam czeka na mnie setka snów tak intensywnych i tak mocno związanych z tu i teraz, że częściej to jawa pozwala mi się oderwać od śnienia ;) więc jeszcze się nie kładę, jeszcze się snuję i obijam.
męczę od dłuższego czasu "zatopioną zimę" jamesa hopkina. przyciągnęła mnie okładką, kilkoma zdaniami olgi tokarczuk na niej i pierwszym zdaniem. przeczytałam je i poczułam się trafiona-zatopiona. bo takie mocno moje i mocno.. sama nie wiem jakie, po prostu chwyciło mnie i nie puściło.
"będę szedł i szedł, aż oswoję to wszystko".
więc teraz się męczę z tą "zatopioną zimą", memłam ją i memłam, i idzie mi jak krew z nosa. nie umiem się zachwycić, nie umiem się z nią wbić. nie lubię nawet bohaterów ani języka ani w ogóle niczego oprócz okładki i tego pierwszego podstępnego zdania.
a teraz dobranoc, łagodnego powrotu do szarej po weekendowej rzeczywistości.
poniedziałek/wtorek
zbyt rzadko przypominam sobie, jak bardzo lubię kiwi.
a poza tym wiosna idzie :)
piątek/sobota
jakby ktoś pytał to żyję. żyję tylko nie mam zacięcia i energii. nie przenoszę gór, nie sadzę drzew, nie zabijam smoków. "chwilowo" jestem sobie - czytam, szalikuję, rozpływam się przy piewszym łyku żółwia na połówce espresso (moje nowe uzależnienie), uczę nie siedzieć ciągle przy komputerze (moje stare uzależnienie), cieszę się coraz większą ilością światła na dobę i nie wiem w co ręce włożyć w pracy. poza tym rozczarowałam się koncertem myslovitz, trochę obawiam koncertu nosowskiej i cieszę na koncert czesław śpiewa, dzięki wizycie u bra-fitterki mam zupełnie nowe cycki a po ostatnim rozpieprzeniu nerwowym zadziwiająco ładnie podnoszę się do pionu.
jestem sobie. trochę, czasem. o, i tyle.
poniedziałek
powiem to po swojemu: kurwa, jaki cudny śnieg! :)
jeśli uważacie inaczej, bo brudny, mokry i w ogóle breja, to poszukajcie sobie w parku, na polu, w lesie. wyszukajcie taki jeszcze nie łażony.. a nie mówiłam? cudny jest :)
to pisałam ja, zwierzę ciepłolubne.
wtorek
miałam od lat takie chciejstwo, żeby sobie usiąść w miejscu jakimkolwiek i napisać coś tutaj. mieć kubek czegoś gorącego, samą siebie bez towarzystwa i "okno na świat". na święta spełniłam sobie chciejstwo, no i mam, i siedzę, i piję, i piszę. i fajnie mi z tym, że to tak.. :)
ale poza tym, to mi jednak niefajnie. mija kolejny rok. życia, depresji, frustrowania się brakiem swojego miejsca na ulubiony kubek i słoik miodu. niby osiadłam w jednym miejscu na ponad pięć lat, ale to nie moje i dzielone. i ani tutaj nie jestem u siebie ani u rodziców. nie mam swojego koloru ścian, swojej mięty w kuchni (póki co bazylia w pokoju), ręczników w miejscu, z którego nikt mnie nie wysiedli ot tak. niefajnie mi też, bo się za mną ciągnie czas przeszły, bo czas przeszły podgląda mnie w różnych miejscach, dopierdala na sto różnych sposób i nie pozwala na całkowite przesunięcie go do tego faktycznego czasu przeszłego. nigdy nie umiałam usuwać z siebie ludzi zupełnie, po prostu przesuwałam ich gdzieś w sobie na bok, na obrzeża. ale eksmisji totalnej nie przeprowadzałam. tym bardziej gdy ci ludzie to byli "moi ludzie", ludzie ważni, tacy przed którymi się odsłaniałam, nie nosiłam masek, nie przybierałam póz, wywalałam się przed nimi z flakami, a potem mogliśmy sobie milczeć i było dobrze. więc się za mną wlecze taki czas przeszły. i mi z tym chujowo.
czwartek/piątek
mało mi się ostatnio chce. po absolutnie cudownym, olśniewającym i w ogóle och-i-ach tygodniu u tolka pierdolka w londynie (moja wieloletnia miłość do londynu została oficjalnie potwierdzona i przypieczętowana, i teraz to już mogę sobie najwyżej tęsknić i planować kolejny wyjazd, do którego pewnie nie dojdzie zbyt szybko..), który był zarazem najgorszym tygodniem w mojej relacji z mamą, po tygodniowym chorowaniu po powrocie, nadszedł bolesny moment, w którym trzeba było nastawić budzik do pracy, zostać przez budzik z łóżka zwleczoną, i zaciągnąć się, tą samą co w ciągu ostatnich czterech lat trasą, do pracy. cały więc mijający tydzień upłynął mi pod znakiem niechęci do pracy (nie pracy ogólnie, tylko tej właśnie, która mnie dotyczy i gnębi podskórnie) i mało chcenia. poza tym prezenty świąteczne (bo obiecałam sobie, że czas już zacząć tworzyć święta w takiej postaci jakiej bym chciała, co oznacza że "ale prezentów sobie nie dajemy, prawda?" ma bardzo stanowczo nie mieć racji bytu, że ma być choinka i że mamy się ładnie ubrać. chcę-mieć-święta-kurwa-mać a nie takie niewiadomo co), tłumy w sklepach, przyzwyczajanie się do grzywki, która nie zasłania mi 3/4 twarzy.
i szaliki, zbyt dużo szalików by się ze wszystkimi wyrobić, do zrobienia i obdarowania nimi przyjazne szyje. co nie wpływa nijak na fakt, że już planuję następne ;)
piątek/sobota
rozeszliśmy się, zeszliśmy i po kilkudniowej (mojej) euforii wpaliśmy w podobne do wcześniejszego coś, pomniejszone o (moje) zaufanie. ale próbujemy, dajemy sobie czas i kolejną szansę. a potem się żremy, wzajemnie wkurzamy, mówimy zupełnie różnymi językami. i jeśli nawet w którymś momencie udało mi się ruszyć do przodu to już dawno zdąrzyłam zrobić kilka kroków wstecz.
poza tym spadł dziś pierwszy śnieg. nie chcę pracy, chcę książkę, ciepłą herbatę i być nad morzem..
sobota
"chcę do Ciebie, nic więcej. chcę usiąść i słuchać, być blisko"
pierwszą rzeczą, która mnie dopadła od razu po przebudzeniu było wszechogarniające uczucie straty. uczucie, że to wszystko na co teraz tak bardzo czekam, czego tak bardzo chcę i za co, bez mrugnięcia okiem, pozwoliłabym siłom wyższym dołożyć mi z 10 kilogramów do obecnej wagi.. że wszystko to już miałam. JUŻ MIAŁAM. że tych 416 sms'ów od i do tomka w moim telefonie to coś, co straciłam, coś czego chciałam ale nie potrafiłam wtedy przyjąć tak naprawdę. coś na co nie byłam gotowa. i nie wiem, jak z tym teraz tak na co dzień żyć. co zrobić, by tomek znów widział we mnie sens..
"chcę do Ciebie, nic więcej. to dużo, i mało. i wszystko"
i muszę sobie ciągle przypominać, że obiecałam że nie będę wykonywała pierwszego kroku. że nie będę dzwoniła, pisała. muszę się bardzo skupiać, żeby po prostu nie pojechać pod jego dom.
czwartek
miałam dziś całkiem dobry dzień. całkiem dobry jak na to bułgarskie centrum chujozy. więc aż się nie pożygałam jedząc dziś "aż całego banana", aż wyczesałam kota, aż zrobiłam pranie i aż zrobiłam sobie herbatę z miodem, ale.. wbrew pozorom cieszą mnie te moje małe prywatne sukcesy. cieszy mnie to, że potrafię zwlec się z łóżka, że potrafię jakoś funkcjonować w pracy, że potrafię nie wracać do łóżka od razu po powrocie z pracy. że wreszcie ściągnęłam ze ściany kalendarz otwarty na grudniu 2006 i wywaliłam z lodówki "relikwie". poza tym cisza, cicho sza.
środa
"a najpierw nienawidzę
bo kocham
więc z instynktów wysnute znaczenie
bierze mnie w garść i trzyma
miota mną
jak gdybym była z piasku
zamknij rozpacz
w nawias ust i spójrz
nie potrafię o niczym nic
bo czekam"
zatopiłam się w piosenkach dobijających. w takich, które w dołach sercowych wydają się napisane specjalnie dla bolącego. mieszam więc sobie na przykład w deszczu małych żółtych kwiatów, chcę do ciebie, kuchnię, czwartą nad ranem. i zapadam się.
z rzeczy budujących: dzisiaj (jeszcze) nie płakałam, pościeliłam łóżko, umyłam kubki z soboty, zrobiłam pierwszą od kilku dni herbatę z miodem. same wielkie sukcesy :/
a od rodziców pocztówka z pragi "uściski dla tomasza"..
(wygrzebałam dziś z archiwum i się uśmiechnęłam do siebie:
pijemy z ciotką halinką w longmanie, podjadamy pierniczki, leniwo-świątecznie gadamy.
- a ty masz ciotka jakieś postanowienia noworoczne?
- no nie, nigdy żadnego nie zrealizowałam. a ty, ciotka?
- no też nie. ale musimy ciotka jakieś mieć.
- no to, że nie wyjdziemy w tym roku za mąż.
- o, i że nie schudniemy.
ta-dam, no proszę jak ładnie.)
poniedziałek/wtorek
chcę do Ciebie..
poniedziałek
nie mogę spać, nie mogę jeść, nie mogę myśleć o niczym, nikim innym. zdolność koncentracji żadna, pamięć krótkotrwała wystarczająca by wyjść z łazienki ale zbyt słaba by pamiętać po co i gdzie powinnam dojść.
straciłam wszystko co dla mnie ważne. bo nie potrafiłam, bo nie wiedziałam jak, bo tak naprawdę byłam sama z tym wszystkim wcześniejszym co mnie przerosło. bo byłam zbyt słaba by się nie dać gdy Ten On wchodził w moje życie swoimi sms'ami jak do kibla. bo tak się zamknęłam w sobie, że nawet siebie nie wpuszczałam do środka. bo zbudowałam mur, żeby nikt już nigdy nie mógł zranić mnie tak strasznie. bo jestemkurwatakagłupia.
i teraz, gdy mogłabym zrobić wszystko, nie mogę zrobić absolutnie nic..
i nadziei mam dwa wiadra.
piątek/sobota
"myślę, że potrzebuję wierzyć, że to działa.(...) miłość. partnerstwo. przyjaźń. idea, że kiedy ludzie się łączą, to już ze sobą zostają. muszę zabierać ze sobą tę świadomość, kiedy kładę się w nocy do łóżka,
nawet jeśli idę spać sama. to jest mcbealizm."
dziś pierwszy raz od szesnastu miesięcy idę spać będąc naprawdę sama..
piątek/sobota
ciągną się za mną takie szpile, które kiedyś ktoś. śnią mi się po nocach, przypominają o sobie pod prysznicem, dopadają gdy patrzę w lustro, albo po prostu, banalnie do bólu, gdy myję gary. ciągną się za mną takie niby duperele, ale tylko niby, bo są moje i moje będą. i to mnie szczypać będzie, że ktoś mi kiedyś powiedział, że jego pierwszą myślą gdy mnie zobaczył było, że myślał, że jestem szczuplejsza, albo że na studniówkę poszłam z kolegą wytrzaśniętym dzień wcześniej, a na dyskotekach szkolnych to z reguły ze mną nie tańczono. będzie mnie także szczypało, że najbardziej wyczekiwane przeze mnie "kocham cię" dostałam na gadugadu i to "kocham cię" i tak miało niczego nie zmienić. puściutkie słowa, rząd literek. uwiera mnie także "kurwa", którą mnie w podstawówce nazwano z powodu prążkowanych rajstop.
od dwóch dni mam 28 lat i jakoś tak bardziej wyć mi się chce niż (nie)normalnie.
środa/czwartek
chciałabym więcej słońca, więcej spokoju, więcej snu. chciałabym nie musieć wrócić w poniedziałek do pracy. chciałabym się położyć i zasnąć odrazu, obudzić - dopiero gdy się wyśpię. chciałabym, żeby przestało mnie stresować wszystko i wszyscy. chciałabym móc gdzieś się zaszyć i przeczekać (przespać?) ten czas.
dziś w nocy czarno-biały sen, ulice w deszczu i lata wojenne. na ulicach żołnierze, ogień, tramwaje i noc, przede wszystkim noc. biegnę z zeszytem pod pachą i wiem, że to teraz bardzo ważne, bo w zeszycie są ułamki, całki, rachunki prawdopodobieństwa i pierwiastki, i muszę to teraz zrozumieć, rozwiązać, powiedzieć co z czego wynika. a ja przede wszystkim nie wiem dlaczego 6/12=4 i muszę biec dalej, muszę uciekać.
mój prywatny dom wariatów, oddział zamknięty.
poniedziałek
zrobiło się zielonożółto, słonecznie, ciepło.. i nadzwyczaj drażliwie. ja nie rozumiem tomasza, a tomasz nie rozumie mnie. warczymy na siebie, rozdrażniamy się ale najczęściej po prostu do siebie milkniemy, zamykamy się na siebie. a może to wcale nie tak, może to tylko ja się rozdrażniam, ja coraz częściej i więcej milczę, i coraz bardziej mam dosyć tego tomaszowego braku potrzeby rozmowy, tego zamknięcia się, tego że jeśli nie zapytam to się nie dowiem, jeśli nie dopytam bardziej to on sam nie powie. od dupereli po sprawy ważne. i sama się tak nakręcam coraz bardziej i bardziej. a może to po prostu nasze przeziębienie, niska odporność, niedawne skoki ciśnienia i zaraz będzie trochę lepiej..
czepiam się, wiem. to po prostu ja nie ogarniam świata..
poniedziałek/wtorek
po niespaniu, nieśnieniu, ledwie-przełykaniu-jedzenia, po czuciu się jak gówno, narazie tu tylko tak..
"Piszę do ciebie, bo jestem tutaj tak sama,
że równie dobrze mogłabym pisać do nikogo.
Spacerowałam wczoraj przed wieczorem po pustej plaży
– jeśli nie liczyć kilku mew, kawek i jednej wrony,
co nic sobie nie robiły z mojej zakapturzonej obecności –
a muszle pod stopami i wszyscy święci za ścianą
gasnącego błękitu zdawali się jednakowo obojętni
na mój wstrzymywany płacz. Tylko wiatr
targał mnie za ramiona niczym gorliwy kochanek
próbując pokonać opór niewinnego ubrania.
Milcząc mówiłam do ciebie słowami, jakich
nigdy nie usłyszy nikt spośród żyjących.
Zobacz, mówiłam, ta odległość między nami
jest jak jedwabny szal: otulam się nią i już jestem
z tobą. Słyszysz, jak szybko bije mi serce?
Czujesz mój oddech splątany z zapachem alg?
To nic, że właśnie teraz pochylasz się nad jakimś innym
ciałem; żadna inna kobieta nie ukołysze cię do snu
z tak daleka szumem morza w skroniach, żadna inna
nie pocałuje cię czulej ostatnim promieniem zachodu,
żadna tak szczelnie nie otuli cię nocą, ażebyś mógł
kochać się z tamtą najtkliwiej, jak umiesz.
Kimkolwiek ona jest.
Nie szkodzi, że nie przyszedłeś wtedy na spotkanie,
chociaż wypaliłam dziury w powietrzu oczami
szukając ciebie w tłumie, chociaż każdy, kto
przez ułamek sekundy wydawał mi się tobą, nieruchomiał
nagle, zdumiony, czemuż to akurat jego potrącam
takim jasnym wzrokiem…
Nie, nie mam do ciebie żalu: tak pięknie kłamałeś
zapewniając, że przyjdziesz. Tak bardzo kochałam
twoje kłamstwo. W twoim kalendarzu pod tamtą datą
jak żywe źrenice wciąż ciemnieją zapomniane litery
mojego imienia.
Kiedyś Bóg tak na ciebie popatrzy czarnymi źrenicami, pytając:
Czy wiesz, że tego dnia nawet JA tobie ufałem?"
(Adriana Szymańska, "List znad morza do pewnego kłamcy")
poniedziałek/wtorek
od drugiej połowy dnia zamęczam siebie, zenka, współlokatorów i sąsiadów soko. wędruję od okna do drzwi, od drzwi do okna, od okna do okna, snuję do potłuczonego szkła na balkonie, do samolotów latających ulubienie nisko. potem siadam i nie wiem już nic i czuję puste coś w środku.
"..we would have slept together, have a nice breakfast together and then a walk in a park together, how beautiful.."
i tak właściwie to bardziej się czuję na totalne rozpłakanie niż kill her, na chęć wymazania, zapomnienia. na przestanie trochę być.
"..she stole my future, she broke my dream.."
**
z rzeczy innych - mam "kuku" na stopie i perspektywa korzystania jutro z butów napawa mnie przerażeniem, w pracy zaczyna się kolejny stresujący tydzień. a noce są jeszcze bardziej bezsenne..
środa
jak każda szanująca się biurwa ;) zawaliłam się pitami. ostatnie tygodnie mijają mi z nosem w kopertach, papierzyskach i znaczkach, z niewielkimi przerwami na półtoragodzinne stanie na poczcie i na "a pani agnieszko wysłałaby mi to pani emajlem?", naaaajs :| poza tym kiepsko zasypiam, kiepsko śpię i kiepsko się wysypiam, i z rzeczy udanych to tylko to, że udało mi się wreszcie złożyć wniosek o dowód osobisty.
oddam szalik w dobre ręce. palec pod budkę, kto go przygarnie (w rzeczywistości ten żółty jest jaśniejszy i cieplejszy).
poniedziałek/wtorek
jeśli ktokolwiek poza mną samą uwierzył w to, że 21. będę miała naprawdę dobry dzień to.. kochani, daliśmy się nabrać :) do okolic 20h00 było ok, a potem raz dwa nadrobiłam zaległości. imieniny mi się nie udały i tyle, kropka, idziemy dalej.
w sobotę koło południa zadzwoniła mama. tradycyjne: co bubi robisz, jakie na dzisiaj masz plany. czy wiesz co się stało w dąbrowie? więc jedną ręką improwizuję nieco w onecie a drugą telefon poprawiam. i wiesz, bo był pożar..
"jedna osoba zginęła, a trzy zostały poszkodowane w piątkowym pożarze mieszkania w dąbrowie górniczej"
..i on był w naszym bloku..
"ogień, który gasiło 16 jednostek straży pożarnej, prawdopodobnie poprzedził wybuch gazu lub materiału pirotechnicznego"
..na szczęście nie w naszym pionie, ale do domu wróciliśmy dopiero po czwartej. nie dzwoniłam, bo nie chciałam cię martwić.
i przecież mnie tam nie było, nie straciłam rodziców, nic im się nie stało. nie straciliśmy mieszkania, książek, niczego. a jednak w środku jest mi kiepsko. gniecie mnie świadomość, że sobotni telefon mógł nie być od mamy tylko z kostnicy, że przez ciągnące się godziny mama z ojcem zastanawiali się czy będą mieć jeszcze dom, że wszystko w obrębie tej "wielkiej płyty" mogło się potoczyć dużo, dużo gorzej. ok, może panikuję, może mam paranoję, może cośtam. ale tak już mam i tak to czuję..
poza tym, jako że jestem z tych niegotujących, postanowiłam zrobić zupę z zielonego groszku. na zdjęciu wygląda ładnie, instrukcja niby prosta, więc jest szansa, że nie zwalę jej kompletnie. na podobnie mizernych podstawach opiera się moja wiara w to, że nauczę się robić na szydełku i zrobię na nim coś takiego, że zwalę z nóg moją babcię i olśnię ją na dobre. bo że pojeżdżę na łyżwach tej zimy już się nie łudzę - z badań terenowych wynika, że ledwie na nich stoję i wpadam w panikę przy każdej próbie puszczenia mojej ręki.. hm.
poniedziałek
"21 stycznia - najbardziej dołujący dzień roku
"Metro": W poniedziałek 21 stycznia czeka nas najbardziej przygnębiający, dołujący i depresyjny dzień w tym roku.
Gazeta
powołuje się na wnioski do jakich doszedł niejaki dr Cliff Arnall, były
pracownik naukowy Cardiff University, który już kilka lat temu - razem
z kilkuosobowym zespołem psychologów i matematyków przeprowadził
niecodzienne badania.
Ich efektem jest specjalny algorytm opisujący, jak zmienia się nasz
optymizm w kolejnych dniach roku ze względu m.in. na stan naszych kont
bankowych, zmęczenie i przepracowanie czy nawet pogodę.
Po uwzględnieniu dziesiątek danych statystycznych, jak m.in. liczba
samobójstw, bójek małżeńskich, złożonych wypowiedzeń w zakładach pracy,
wypisanych zwolnień lekarskich czy absencja w szkołach, eksperci doszli
do wniosku, że najbardziej dołujący dzień roku przypada na przedostatni
poniedziałek stycznia.
Dlaczego? - Końcówka stycznia to czas, gdy dochodzi już do nas fakt, że
w łeb wzięły nasze noworoczne postanowienia. Pozbywamy się złudzeń, że
rozpoczęty rok będzie łatwiejszy niż poprzedni, i dochodzi do nas, jak
dużo pracy nas w nim czeka. Dodatkowo coraz boleśniej odczuwamy wydatki
poczynione na Boże Narodzenie, po kieszeniach coraz bardziej biją nas
kredyty, które pozaciągaliśmy na prezenty, a na konta nie zdążyły
jeszcze wpłynąć styczniowe pensje. Dodatkowo nie mamy w perspektywie
wolnego dnia od pracy, a do wakacji jeszcze kupa czasu, wyjaśnia Arnall."
czy ktoś jeszcze nie słyszał o tym, że dziś ten najbardziej dołujący dzień w roku? czy komuś się jeszcze o uszy nie obiło? no właśnie. a ja na przekór statystyce i samej sobie postanowiłam dziś się nie dać. pomimo deszczu nad warszawą, bycia w pracy dziś i (o zgrozo!) wczoraj, temu wszystkiemu co w tekście metrowym mnie dotyczy. pomimo tego, że dziesięć lat temu napewno byłabym właśnie na wagarach. DZISIAJ ZAMIERZAM MIEĆ DOBRY DZIEŃ. poczytam tokarczuk z zenkiem przy biodrze, podleję nowe kwiatki, nacieszę nową torbą. może napiszę list, może dojdzie prezent od tolka pierdolka, może kupię książki i może pójdę na sushi, o! a statystyka może mi podskoczyć ;)
poniedziałek/wtorek

ponieważ choinka została właśnie wyrzucona.. fabryka świrów na ursynowie prezentuje zenia choinkowego ;)
środa/czwartek
i mogłabym tak o tym, że czuję zmęczenie zeszłym rokiem, że czuję zmęczenie obecnym. że męczy mnie moja praca, moi współmieszkacze i panie z najbliższego sklepu. mogłabym, że męczą mnie ludzie, męczy pogoda, pora roku i ilość światła. że męczą opadające gałązki choinki, skaczący po nich zenek, to.maszowe nierozumienie o co mi właściwie chodzi jak zaczynam ryczeć, (przy)czepiać się, milczeć, zaciskać usta..
..zamiast tego jednak pójdę spać. zmęczona przede wszystkim samą sobą.
poniedziałek
lepszego roku i Wam i mnie.
|
|